Już tylko dwa dni pozostały do ligowego meczu z Lechią Gdańsk. W ramach cyklu "Jeden Klub Tysiąc Historii" wyjątkowy sezon 2012/2013 i wagę domowego starcia z gdańskim zespołem wspomina były napastnik Lecha Poznań, Bartosz Ślusarski.
To był chyba najdziwniejszy sezon w jakim brałem udział. Na wyjeździe co chwila wygrywaliśmy, najczęściej po 1:0, a przy Bułgarskiej już nie szło nam tak dobrze. Wystarczy przypomnieć, że nie mogliśmy wygrać na własnym stadionie od października do kwietnia… Pamiętam również frustrację ludzi, dla których Lech był ważny. Przecież większość kibiców nie jeździ na wyjazdy, a obserwują Kolejorza na żywo w Poznaniu. Wywoływało to złość, bo przecież wielokrotnie nasz obiekt kojarzył się z "twierdzą". Kilka razy zarzucano nam, że nie potrafimy unieść ciężaru tych trybun. Wspominając tamten zespół mogę powiedzieć, że nie miało to na nas wpływu. Mam wrażenie, że tak naprawdę najwięcej w tym było pecha i nadal dla mnie jest niewytłumaczalne dlaczego graliśmy lepiej tam, gdzie teoretycznie powinno być trudniej. U siebie powinniśmy prowadzić grę i wygrywać. Prawdopodobnie graliśmy też w zupełnie inny sposób. Na wyjazdach byliśmy bardziej schowani i czekaliśmy na swoje szanse. Natomiast w Poznaniu graliśmy odważniej, ale nie chciało nam prawie nic wpadać. Byliśmy nieskuteczni, nadziewaliśmy się na kontry i tak to się kończyło. Przełomowym meczem było właśnie domowe starcie z Lechią Gdańsk, kiedy wygraliśmy 4:2, a ja dołożyłem jedną z bramek. Padła ona w doliczonym czasie gry, ale bardzo szybko w pierwszej połowie objęliśmy prowadzenie 3:0 i wtedy wiedzieliśmy, że nie możemy już po raz kolejny nie wygrać przy Bułgarskiej. Od tego momentu grało nam się już zdecydowanie łatwiej na naszym stadionie.
Jednak przez te wcześniejsze starty punktów okazało się ostatecznie, że na koniec sezonu zabrakło nam kilku oczek do pierwszej w tabeli Legii. Można powiedzieć, że wystarczyło zebrać kilka punktów więcej przy Bułgarskiej i bylibyśmy mistrzami. Jednak nie wiemy jak na nas wpłynęłaby dobra gra u siebie. Może nie wygrywalibyśmy tak regularnie na wyjazdach? Teraz jest to tylko gdybanie, którego bardzo nie lubię. Można przyczepiać się do tego punktowania u siebie, ale przecież na wyjazdach my mieliśmy taki bilans, że jest on wręcz niespotykany w naszej lidze (wygrane 12/15 meczów). Można powiedzieć, że to właśnie tam zbieraliśmy punkty aż nadprogramowo. Dzięki temu prawie do końca mogliśmy walczyć o mistrzostwo.
Rozstrzygnął to mecz w Warszawie i nasza porażka. Pamiętam bardzo dobrze to spotkanie z Legią, bo musiałem zejść z boiska bardzo szybko po starciu z Bartkiem Bereszyńskim. Odskoczyli nam, zaliczyliśmy jeszcze wtopę u siebie z Podbeskidziem i mistrzostwo odjechało. Ale wracając do mojego urazu, to po badaniu USG okazało się, że mam do naprawy łąkotkę i miał to być dla mnie koniec sezonu. Była to taka kontuzja, którą można opanować przy pomocy pracy fizjoterapeutów i wielu mnie namawiało, żebym dokończył ten sezon. W końcu był on liczbowo najlepszym w mojej karierze i walczyłem o koronę króla strzelców. Niestety w moim przypadku nie udało się tego opanować, chociaż nie byłem zawodnikiem, który przy małym bólu nie chciał grać. Koledzy z szatni bardzo namawiali mnie do walki do końca. Mówili, że nawet będą oddawać mi rzuty karne, byle bym sięgnął po ten tytuł najlepszego strzelca. Jednak jak się okazało ja nie mogłem grać, a Robert Demjan postrzelał w ostatnich meczach i został królem strzelców. Patrząc na całą moją karierę był to nad wyraz przyzwoity sezon. Szczególnie pamiętam trafienie z Kielc, kiedy graliśmy przy ogromnym mrozie. Jest znane powiedzonko o tym jak potrafi być zimno w kieleckim i wtedy rzeczywiście tak było. Przy moim golu podawał mi Łukasz Trałka, którego nieudany strzał zamienił się w asystę światowej klasy. Poszedłem w ciemno w pole karne, nagle dostałem piłkę i zachowałem się tak, jak napastnik powinien to zrobić.
Często nie doceniamy tamtego sezonu. Przecież wtedy ani trochę nie byliśmy określani jako faworyt do tytułu, a mimo wszystko walczyliśmy o niego prawie do samego końca. Po raz pierwszy w historii klubu zostaliśmy wicemistrzami Polski i ten srebrny medal naprawdę mógł smakować. Niby drugie miejsce, a zapomina się też, że na koniec mieliśmy prawie piętnaście punktów przewagi nad trzecią lokatą. Osobiście nigdy nie zdobyłem mistrza Polski z Lechem, wręcz wielokrotnie "zdobywałem" o wiele gorsze miejsca w tabeli, a więc bardzo dobrze wspominam sezon 2012/2013. Równocześnie trzymam kciuki, żeby mecz z Lechią Gdańsk był tak samo udany dla drużyny trenera Dariusza Żurawia, jak był wtedy dla nas.
Zredagował Mateusz Jarmusz
Next matches
Sunday
13.04 godz.17:30Recommended
Subscribe