W trakcie niedzielnego starcia z Legią Warszawa (3:0), Lecha Poznań wspierało kilku jego wychowanków, którzy przyjechali do kraju na zgrupowania swoich reprezentacji. Oprócz Karola Linettego, Jana Bednarka oraz Dawida Kownackiego na INEA Stadionie obecny był Marcin Kamiński, który w niemieckiej Bundeslidze wyrabia sobie coraz silniejszą markę.
Media w kraju naszego zachodniego sąsiada nie szczędzą pochwał urodzonemu w Koninie zawodnikowi. Nie może to dziwić, bowiem 25-letni obrońca rozegrał w obecnym sezonie komplet siedmiu spotkań w lidze w pełnym wymiarze czasowym. Do tego za każdym razem w domowych meczach jego drużyna zachowywała czyste konto. Według prestiżowego portalu Whoscored.com gracz VFB Stuttgart może pochwalić się wysoką średnią not na poziomie 6,64. Nie bez powodu dziennikarze "Stuttgarter Zeitung" określają polskiego defensora jako synonim powodzenia, sukcesu i stabilności.
Jednak niemiecka kariera "Kamyka" nie zawsze rysowana była w tak optymistycznych barwach. Do ekipy "Die Schwaben" trafił z Kolejorza w czerwcu ubiegłego roku. Jeszcze w sierpniu niemiecki "Bild" pisał o nim, że nie jest gotowy do wyjściowej jedenastki. Wychowanek niebiesko-białych w pierwszym składzie zameldował się dopiero w wyjazdowym meczu z Karsluher S.C., a miało to miejsce 30 października 2016 roku.
Od tego czasu jednak 25-latek był pierwszym wyborem na środku obrony u trenerów Stuttgartu przez 30 ligowych spotkań, w których mógł wystąpić. W międzyczasie awansował do Bundesligi, wygrywając z "Die Roten" rozgrywki na jej zapleczu. - Nikt nigdy nie podał mi nic na tacy, sam musiałem sobie wszystko wywalczyć. Cierpliwie czekałem na swoją szansę i cały czas pozostawałem spokojny - mówił w zeszłym tygodniu na łamach "Stuttgarter Zeitung" Kamiński.
Nachwalić się Polaka nie może także jego obecny trener, Hannes Wolf. - Jest szybki, zaawansowany technicznie, świetnie wszedł do Bundesligi. Jego rozwój robi wrażenie - opowiadał na łamach lokalnej gazety szkoleniowiec 14. zespołu niemieckiej najwyższej klasy rozgrywkowej.
Zbudowanie marki u naszych zachodnich sąsiadów wiązało się z tym, że w stronę "Kamyka" coraz częściej zaczął spoglądać selekcjoner reprezentacji Polski, Adam Nawałka. W maju tego roku po niemal 4-letniej przerwie wysłał mu powołanie do kadry. Podobnie sprawa miała się pod koniec września, kiedy Nawałka wezwał Kamińskiego na spotkania z Armenią i Czarnogórą.
Przed zgrupowaniem reprezentacji wychowanek Kolejorza postanowił odwiedzić dobrze znany sobie INEA Stadion. Bardzo zależało mu, żeby móc dopingować z trybun byłych kolegów oraz klub w trakcie starcia z warszawską Legię. Opóźnienie zaliczył jednak samolot, którym podróżował z Niemiec. Przez to "Kamyk" pojawił się przy Bułgarskiej zaledwie kilka minut przed końcem szlagieru. Obserwując jednak obecną formę 25-latka, o następne powołania do kadry Nawałki póki co martwić się nie musi. Przy okazji kolejnych wizyt w Polsce szans na pojawienie się na INEA Stadionie i kibicowanie niebiesko-białym zatem nie zabraknie.
Zapisz się do newslettera